... to nie jestrument

Jaki instrument to nie instrument? Jak nie zaczęła się moja muzyczna kariera? I dlaczego mój pierwszy wpis jest, aż tak długi, skoro chciałam, żeby było krótko zwięźle i na temat? Zapraszam na pierwsze koty za płoty.

Z doświadczenia wiem, że najtrudniej jest zacząć i spełnić swoje własne oczekiwania. Idąc tym tropem i usuwając kolejny wstęp – zaczynam! Wszystko zawsze pięknie układa się w głowie, gdy coś planujemy, a jak przychodzi co do czego łatwo zrezygnować i uznać, że to nie tak miało być! wtedy pora uciekać od samego siebie, bo zacząć trzeba, choćby się nie wiedziało jak… 

Zanim będziemy debatować nad tym, czy muzyka Bacha przewyższa wszystkie inne i czy można grać Chopina bez zbędnych szaleństw, zapraszam Was do wspólnej podróży, w której przyjrzymy się życiu przeciętnego muzyka, który ma marzenia, trochę umiejętności i niezbyt wiele okoliczności by wypłynąć na szerokie wody sławy i splendoru, a jednak coś nie pozwala mu przestać, choćby trzeba było zacząć znowu od nowa. 

Powoli ten pierwszy post zaczyna przypominać naprawdę nieudany egzamin, na którym ktoś zaczyna już kolejny raz, bo po prostu znowu musi zagrać z pamięci, a pamięć nie jest najlepsza w stresie, a szczególnie kiedy po raz kolejny uczysz się na ostatnią chwilę. 

Więc tak – to jest ostatnia chwila, innej nie będzie i dzisiaj zaczynam! Przygotowałam się trochę lepiej niż komisja się spodziewa, ale niestety muszę zacząć jeszcze raz! 

Zaufajcie mi najtrudniejsze są początki, a potem jak już idzie to lawina. 

Zapraszam Was do mojego świata, do przemyśleń, do drogi, która ciągle idę i nie chcę po prostu sama, więc Was zapraszam, a że gościnność mam we krwi, to będzie na pewno miło. 

Od dziecka kochałam muzykę, szczególnie tę klasyczną do której można było tańczyć domowy balet.  Moi rodzice nie są muzykami, ale na pewno muzykalni i to oni pokazali mi świat muzyki klasycznej. Lubiłam też Arkę Noego, którą śpiewałam na cały głos, gdy mogłam iść sama na boisko, które było 2 minut od domu. O wiele więcej miłość jednak miałam do muzyki skrzypcowej i moim największym marzeniem poza ratowaniem świata na koniu, było granie na skrzypcach. Babcia mi kiedyś pokazała Vanesse Mae i pomyślałam to mógłby być szał, jakby dodać konia. W każdym razie bardzo bardzo chciałam grać na skrzypcach, a ponieważ ten blog jest pełen spoilerów, wiecie już że jestem fagocistką (nic nie szkodzi).

Wróćmy do początku. Brałam zabawkową gitarę i długą drewnianą miarę i grałam. Trenowałam dosyć często przed lustrem, w tle klasyczna muzyka i jedziemy z tematem. 

Moi rodzice baczni obserwatorzy chętnie zabrali mnie na przesłuchania do szkoły muzycznej w Pelplinie (niedaleko mieszkaliśmy). Pamiętam tę salę i duży czarny fortepian, na którym miła pani grała różne melodyjki do powtarzania, my siedzieliśmy na dużych miękkich krzesłach. Pamiętam jak każdy podchodził i krótko śpiewał to co Pani pokazała, nie wiem jak mi poszło tylko, że był lekki stresik. Ostatecznie udało mi się dostać do tej szkoły, nie była zbyt wielka i nie dysponowała zbyt wieloma instrumentami. Po krótkiej rozmowie z rodzicami okazało się, że małe skrzypce już były wypożyczone i mogę grać tylko na fortepianie. Mieliśmy w domu keyboard, więc zapowiadało się całkiem dobrze, gdyby nie to, że mała Estera miała na ten temat swoje zdanie. 

Uważałam tak po prostu najnormalniej w świecie, że PIANINO TO NIE JEST INTRUMENT! Dlaczego? Proste … można na nim zagrać zbyt wiele … i w zasadzie wszystko. Po porstu pogardziłam najnormalniej w swiecie intrumentem narodowym, mazurkami Chopina, Preludiami Rachmaninowa, Walcami Straussa w imię zbyt wielu możliwości na raz! Wstydźcie się pianiści, że tak wiele możecie zagrać sami… 

Taka byłam.

Dzisiaj bardzo kocham granie na pianinie, pamiętam jak jeden z nauczycieli powiedział, że może coś z tego jeszcze będzie, kiedy w drugim stopni trzeba było grać na fortepianie. Niestety Mazurki Chopina czy cudny Rachmaninov czy inni piękni są już daleko w zasięgu moich rąk, to jednak lubię grać na tyle ile mogę, a nawet z przyjemnością pomagam początkującym muzykom poznać ten instrument. 

Czy żałuję? Pewnie byłabym kimś zupełnie innym, z przyjemnością bym akompaniowała i grała cudne sonaty, ale kto wie może pisany był mi mój ukochany jednośladowy fagot, na którym wszystkiego nie zagrasz… o ironio.

Co ze skrzypcową miłością? nie martwcie się będzie co czytać. 

Zobacz więcej wpisów:

media i kontakt:

zdziennikamuzyka@gmail.com

© 2026 zdziennikamuzyka.pl

... to nie jestrument

Jaki instrument to nie instrument? Jak nie zaczęła się moja muzyczna kariera? I dlaczego mój pierwszy wpis jest, aż tak długi, skoro chciałam, żeby było krótko zwięźle i na temat? Zapraszam na pierwsze koty za płoty.

Z doświadczenia wiem, że najtrudniej jest zacząć i spełnić swoje własne oczekiwania. Idąc tym tropem i usuwając kolejny wstęp – zaczynam! Wszystko zawsze pięknie układa się w głowie, gdy coś planujemy, a jak przychodzi co do czego łatwo zrezygnować i uznać, że to nie tak miało być! wtedy pora uciekać od samego siebie, bo zacząć trzeba, choćby się nie wiedziało jak… 

Zanim będziemy debatować nad tym, czy muzyka Bacha przewyższa wszystkie inne i czy można grać Chopina bez zbędnych szaleństw, zapraszam Was do wspólnej podróży, w której przyjrzymy się życiu przeciętnego muzyka, który ma marzenia, trochę umiejętności i niezbyt wiele okoliczności by wypłynąć na szerokie wody sławy i splendoru, a jednak coś nie pozwala mu przestać, choćby trzeba było zacząć znowu od nowa. 

Powoli ten pierwszy post zaczyna przypominać naprawdę nieudany egzamin, na którym ktoś zaczyna już kolejny raz, bo po prostu znowu musi zagrać z pamięci, a pamięć nie jest najlepsza w stresie, a szczególnie kiedy po raz kolejny uczysz się na ostatnią chwilę. 

Więc tak – to jest ostatnia chwila, innej nie będzie i dzisiaj zaczynam! Przygotowałam się trochę lepiej niż komisja się spodziewa, ale niestety muszę zacząć jeszcze raz! 

Zaufajcie mi najtrudniejsze są początki, a potem jak już idzie to lawina. 

Zapraszam Was do mojego świata, do przemyśleń, do drogi, która ciągle idę i nie chcę po prostu sama, więc Was zapraszam, a że gościnność mam we krwi, to będzie na pewno miło. 

Od dziecka kochałam muzykę, szczególnie tę klasyczną do której można było tańczyć domowy balet.  Moi rodzice nie są muzykami, ale na pewno muzykalni i to oni pokazali mi świat muzyki klasycznej. Lubiłam też Arkę Noego, którą śpiewałam na cały głos, gdy mogłam iść sama na boisko, które było 2 minut od domu. O wiele więcej miłość jednak miałam do muzyki skrzypcowej i moim największym marzeniem poza ratowaniem świata na koniu, było granie na skrzypcach. Babcia mi kiedyś pokazała Vanesse Mae i pomyślałam to mógłby być szał, jakby dodać konia. W każdym razie bardzo bardzo chciałam grać na skrzypcach, a ponieważ ten blog jest pełen spoilerów, wiecie już że jestem fagocistką (nic nie szkodzi).

Wróćmy do początku. Brałam zabawkową gitarę i długą drewnianą miarę i grałam. Trenowałam dosyć często przed lustrem, w tle klasyczna muzyka i jedziemy z tematem. 

Moi rodzice baczni obserwatorzy chętnie zabrali mnie na przesłuchania do szkoły muzycznej w Pelplinie (niedaleko mieszkaliśmy). Pamiętam tę salę i duży czarny fortepian, na którym miła pani grała różne melodyjki do powtarzania, my siedzieliśmy na dużych miękkich krzesłach. Pamiętam jak każdy podchodził i krótko śpiewał to co Pani pokazała, nie wiem jak mi poszło tylko, że był lekki stresik. Ostatecznie udało mi się dostać do tej szkoły, nie była zbyt wielka i nie dysponowała zbyt wieloma instrumentami. Po krótkiej rozmowie z rodzicami okazało się, że małe skrzypce już były wypożyczone i mogę grać tylko na fortepianie. Mieliśmy w domu keyboard, więc zapowiadało się całkiem dobrze, gdyby nie to, że mała Estera miała na ten temat swoje zdanie. 

Uważałam tak po prostu najnormalniej w świecie, że PIANINO TO NIE JEST INTRUMENT! Dlaczego? Proste … można na nim zagrać zbyt wiele … i w zasadzie wszystko. Po porstu pogardziłam najnormalniej w swiecie intrumentem narodowym, mazurkami Chopina, Preludiami Rachmaninowa, Walcami Straussa w imię zbyt wielu możliwości na raz! Wstydźcie się pianiści, że tak wiele możecie zagrać sami… 

Taka byłam.

Dzisiaj bardzo kocham granie na pianinie, pamiętam jak jeden z nauczycieli powiedział, że może coś z tego jeszcze będzie, kiedy w drugim stopni trzeba było grać na fortepianie. Niestety Mazurki Chopina czy cudny Rachmaninov czy inni piękni są już daleko w zasięgu moich rąk, to jednak lubię grać na tyle ile mogę, a nawet z przyjemnością pomagam początkującym muzykom poznać ten instrument. 

Czy żałuję? Pewnie byłabym kimś zupełnie innym, z przyjemnością bym akompaniowała i grała cudne sonaty, ale kto wie może pisany był mi mój ukochany jednośladowy fagot, na którym wszystkiego nie zagrasz… o ironio.

Co ze skrzypcową miłością? nie martwcie się będzie co czytać. 

Zobacz więcej wpisów:

media i kontakt:

zdziennikamuzyka@gmail.com

© 2026 zdziennikamuzyka.pl