Dyplom dla Estera Wiaducha #7

Szybko okazało się, że uczęszczanie do szkoły muzycznej to nie, aż taki raj jak sobie wyobrażałam. W zasadzie była to szkoła życia, która nadal trwa. 

Zacznijmy od ważnej informacji, cokolwiek tutaj piszę, to nie z powodu jakiegokolwiek żalu. Nie interesuje mnie żadna zemsta, ani odegranie się na kimś kto potraktował mnie w sposób, który mógł mnie zranić. Dzisiaj jako dorosła osoba mam świadomość, że uczyli mnie tylko ludzie i choć często świetni muzycy nie zawsze idealni pedagodzy. Chociaż w tych wpisach czasem pojawią się sytuacje, które sprawiały mi przykrość itp. ja zawsze lubiłam czasy szkoły muzycznej i akademii, jednak pojawiały się tam schematy na które wszyscy musimy uważać. Czasem problemy, które tutaj poruszę, będą natury czysto filozoficznej i rozwiązanie nie będzie jak na dłoni, ale myślę, że to piękna sztuka nie oceniać, ale szukać i szukać i szukać. Jak to mówią, kto pyta nie błądzi. Wszystkie moje historie, piszę ku przemyśleniu, pamięci i pokazaniu tego, że każdy ma własną indywidualną drogę do rozwoju i co więcej otacza się różnymi ludźmi, którzy będą traktować nas wbrew pozorom indywidualnie. Przykładowo możesz trafić na nauczyciela, który tobie uprzykrzy życie, a twojemu koledze otworzy drzwi możliwości. Temat rzeka. 

Wracając do trudności w szkole muzycznej moją największą zmorą był RYTM, nie kumałam go! Po prostu, potrafiłam powtórzyć to co słyszałam, ale rytm zapisany w nutach, był dla mnie dosyć abstrakcyjny. Wysokość nut  i przełożenie tego na instrument nie były trudnością, ale umieszczenie tego wszystkiego w rytmie nie jeden raz mnie paraliżowało. 

Nie chodzi nawet, o to, że grałam coś poza pulsem, po prostu było to dla mnie jakieś abstrakcyjne. Dzisiaj oczywiście, jest rytm to ciach i gramy, ale do tego miejsca przebyłam naprawdę długą drogę. Powolutku musiałam odszyfrowywać rytmy z metronomem lub wystukiwaniem ich ołówkami. Pewnego dnia po prostu klikło i już było łatwiej, ale nie to jest istotą mojego wywodu. Przez ten problem, stworzyło się we mnie przekonanie, że ja dobrze gram tylko liryczne utwory, w innych się gubię rytmicznie… taka teoria świdrowała w mojej głowie przez lata, jak widziałam coś szybkiego w nutach lub z bardziej skomplikowanym rytmem to pierwsza moja w głowie myśl, a nie może być coś bardziej lirycznego? romantycznego? nie wiem czy ostatecznie to ogarnę… i faktem jest, że wolne i wpadające w ucho melodie to moja specjalność, ale ogromną walkę muszę nie jeden raz stoczyć by zagrać jakiegoś wywijańca publicznie. Największy przełom przeżyłam, jak zaczęłam grać na fagocie barkowym, o którym opowiem trochę później, bo chyba większej lekcji pokory od życia nie mogłam dostać. Wiecie o, co chodzi, że ktoś mówi, że mógłby przeżyć jeszcze raz dzieciństwo, ale z dojrzałością którą ma teraz, tak się właśnie czułam i to nie było nic przyjemnego. Jednakowoż trudności wykonawcze były tak przytłaczające, że jedyne, co mogłam robić myśleć o muzyce i o tym, że nie mam osobnej klapki na cis, tylko chwyt. Chłonęłam pewne schematy jakby w desperacji posiadania wiedzy, bo tak bardzo nie chciałam już grać jak pierwszak, techniczne trudności pokonywałam zupełnie inaczej, bo granie lirycznych melodii było dużo większym wysiłkiem i mój strach przed wywijańcami jakoś minął, stały się one częścią muzyki. 

Wracając do pierwszego stopnia, fagot okazał się być dla mnie stworzony, bo dzięki Bogu, nigdy nie miałam nieestetycznego, pierdzącego dźwięku, był stabilny, czysty i dosyć ładny, nawet na początkowym stopniu edukacji. Moja nauczycielka od fagotu (która była bardzo kochana dla mnie i dobrze ją wspominam) mimo moich rytmicznych powinien postanowiła zabrać mnie na konkurs instrumentów dętych do Kwidzyna i tam oczywiście grałam coś lirycznego i melodyjnego. Pamiętam, że w sali prób ciągle grałam ten utwór od początku do końca, był stresik, że zapomnę (wypas jak ktoś ma głowę do grania bez nut, ale je jestem team kwity) wyszłam na scenę, zamuzykowałam i … nagrodzono mnie odznaczeniem wyróżniającym, tunerem i szmatką do polerowania instrumentu, co więcej mój wielki splendor i sława zostały okraszone słowami Dyplom dla Estera Wiaducha. Kurtyna. 

Zobacz więcej wpisów:

media i kontakt:

zdziennikamuzyka@gmail.com

© 2026 zdziennikamuzyka.pl

Dyplom dla Estera Wiaducha #7

Szybko okazało się, że uczęszczanie do szkoły muzycznej to nie, aż taki raj jak sobie wyobrażałam. W zasadzie była to szkoła życia, która nadal trwa. 

Zacznijmy od ważnej informacji, cokolwiek tutaj piszę, to nie z powodu jakiegokolwiek żalu. Nie interesuje mnie żadna zemsta, ani odegranie się na kimś kto potraktował mnie w sposób, który mógł mnie zranić. Dzisiaj jako dorosła osoba mam świadomość, że uczyli mnie tylko ludzie i choć często świetni muzycy nie zawsze idealni pedagodzy. Chociaż w tych wpisach czasem pojawią się sytuacje, które sprawiały mi przykrość itp. ja zawsze lubiłam czasy szkoły muzycznej i akademii, jednak pojawiały się tam schematy na które wszyscy musimy uważać. Czasem problemy, które tutaj poruszę, będą natury czysto filozoficznej i rozwiązanie nie będzie jak na dłoni, ale myślę, że to piękna sztuka nie oceniać, ale szukać i szukać i szukać. Jak to mówią, kto pyta nie błądzi. Wszystkie moje historie, piszę ku przemyśleniu, pamięci i pokazaniu tego, że każdy ma własną indywidualną drogę do rozwoju i co więcej otacza się różnymi ludźmi, którzy będą traktować nas wbrew pozorom indywidualnie. Przykładowo możesz trafić na nauczyciela, który tobie uprzykrzy życie, a twojemu koledze otworzy drzwi możliwości. Temat rzeka. 

Wracając do trudności w szkole muzycznej moją największą zmorą był RYTM, nie kumałam go! Po prostu, potrafiłam powtórzyć to co słyszałam, ale rytm zapisany w nutach, był dla mnie dosyć abstrakcyjny. Wysokość nut  i przełożenie tego na instrument nie były trudnością, ale umieszczenie tego wszystkiego w rytmie nie jeden raz mnie paraliżowało. 

Nie chodzi nawet, o to, że grałam coś poza pulsem, po prostu było to dla mnie jakieś abstrakcyjne. Dzisiaj oczywiście, jest rytm to ciach i gramy, ale do tego miejsca przebyłam naprawdę długą drogę. Powolutku musiałam odszyfrowywać rytmy z metronomem lub wystukiwaniem ich ołówkami. Pewnego dnia po prostu klikło i już było łatwiej, ale nie to jest istotą mojego wywodu. Przez ten problem, stworzyło się we mnie przekonanie, że ja dobrze gram tylko liryczne utwory, w innych się gubię rytmicznie… taka teoria świdrowała w mojej głowie przez lata, jak widziałam coś szybkiego w nutach lub z bardziej skomplikowanym rytmem to pierwsza moja w głowie myśl, a nie może być coś bardziej lirycznego? romantycznego? nie wiem czy ostatecznie to ogarnę… i faktem jest, że wolne i wpadające w ucho melodie to moja specjalność, ale ogromną walkę muszę nie jeden raz stoczyć by zagrać jakiegoś wywijańca publicznie. Największy przełom przeżyłam, jak zaczęłam grać na fagocie barkowym, o którym opowiem trochę później, bo chyba większej lekcji pokory od życia nie mogłam dostać. Wiecie o, co chodzi, że ktoś mówi, że mógłby przeżyć jeszcze raz dzieciństwo, ale z dojrzałością którą ma teraz, tak się właśnie czułam i to nie było nic przyjemnego. Jednakowoż trudności wykonawcze były tak przytłaczające, że jedyne, co mogłam robić myśleć o muzyce i o tym, że nie mam osobnej klapki na cis, tylko chwyt. Chłonęłam pewne schematy jakby w desperacji posiadania wiedzy, bo tak bardzo nie chciałam już grać jak pierwszak, techniczne trudności pokonywałam zupełnie inaczej, bo granie lirycznych melodii było dużo większym wysiłkiem i mój strach przed wywijańcami jakoś minął, stały się one częścią muzyki. 

Wracając do pierwszego stopnia, fagot okazał się być dla mnie stworzony, bo dzięki Bogu, nigdy nie miałam nieestetycznego, pierdzącego dźwięku, był stabilny, czysty i dosyć ładny, nawet na początkowym stopniu edukacji. Moja nauczycielka od fagotu (która była bardzo kochana dla mnie i dobrze ją wspominam) mimo moich rytmicznych powinien postanowiła zabrać mnie na konkurs instrumentów dętych do Kwidzyna i tam oczywiście grałam coś lirycznego i melodyjnego. Pamiętam, że w sali prób ciągle grałam ten utwór od początku do końca, był stresik, że zapomnę (wypas jak ktoś ma głowę do grania bez nut, ale je jestem team kwity) wyszłam na scenę, zamuzykowałam i … nagrodzono mnie odznaczeniem wyróżniającym, tunerem i szmatką do polerowania instrumentu, co więcej mój wielki splendor i sława zostały okraszone słowami Dyplom dla Estera Wiaducha. Kurtyna. 

Zobacz więcej wpisów:

media i kontakt:

zdziennikamuzyka@gmail.com

© 2026 zdziennikamuzyka.pl