Romans z Vivaldim #3
Uwaga! Zaczynam od spoileru! Gdy znalazłam się (cudem) w ogólnokształcącej szkole muzycznej, gdzie już nikt nie pytał co robię wieczorem, bo wszyscy ćwiczyli, z jednego powodu poczułam wstyd (w zasadzie z wielu powodów, ale ten jeden chcę teraz poruszyć). W takiej szkole gdzie każdy na czymś gra, potrafi zagrać czy rozpisać w nutach Dominante nonową bez prymy, dodatkowo zaszaleć i ją rozwiązać, bardzo szybko można stanąć na niebezpiecznej granicy. Granicy muzycznego fanatyzmu… dam dam daaam. Mocne słowa jak na takich wrażliwców.
Znalazłam się w bardzo fajnej klasie, na tyle szalonej, że wyjęcie zeszytu na matmie było ekstrawagancją. Było naprawdę wiele razy bardzo bardzo śmiesznie, ale nie o tym. Chcę powiedzieć o tym jak funkcjonowanie w niszy często sprawia, że nie dostrzegamy tego, że tak naprawdę zaczynamy oceniać lub pogardzać tym, co nie podoba się nam lub uznajemy za zbyt proste lub nie na nieodpowiednim poziomie.
Otóż gdy pojawiłam się w tej 11 klasie okazało się, że wtedy wielibiony był wszechobcenie romantyzm oraz kilka późniejszych epok, szczególnie wszystko co złapało za serce do szpiku kości, wyrywało je z korzeniem i nie pozwalało już bić tak samo. Pamiętam jak przyszłam pierwszy raz na orkiestrę dostaliśmy nuty do Borodina! Każdy bardzo się cieszył, że to gramy, ja musze się przyznać słyszałam to pierwszy raz w życiu.
Dostałam nuty dla pierwszego fagotu chociaż nie miałam zielonego pojęcia jak się patrzy na dyrygenta. Wszyscy byli mega wkręceni w ten numer, bo miał (i ma) niezłego powera. Lubię go do dziś, ale fun fact of that, jest że mój serdeczny kolega z fagotowego pulpitu dał minuty jedynki, bo sam już umiał dwójkę, ale żeby było najśmieszniej posadził mnie na dwójce, a żeby można było aż zrywać boki, gdy doszedł fagocista z akademii do pomocy, siedziałam na trójce, chociaż na pulpicie nuty z jedynki. Ale nie wińcie kolegi, lubił brylować, tak po za tym dobrze wspominam granie z nim. Pamiętam jak na orkiestrze ściągał kolanko z fagotu (tak fagot ma takie jakby kolanko, nawet ma stopę) i mówił babcinym głosem “daj pani piątaka”.
Na przerwach wiele osób rozmawiało o muzyce i zachwycało się tymi nutami z kopem i powerem. Żeby nie było kocham każdą muzykę i epokę, ale w tamtym czasie faktycznie górowały te emocjonalne i temperamentne numery. W tamtym czasie uwielbienie dla Totentanz’a Lista czy burzliwy Rachmaninov to było coś! ta muzyka górowała nad każdą inną.
Muszę powiedzieć, że kiedy ktoś mnie pytał co lubię słuchać, nie zbyt wiele przychodziło mi do głowy. Przyznam szczerze, że nie byłam aż tak wtajemniczona i sfisiowana na punkcie klasyki, żeby tylko ją słuchać. Nie chce oczywiście mówić, że klimat jaki tam panował był zły, ale ja będąc z zupełnie innego środowiska czułam się winna, że nie znam niektórych utworów i było mi wstyd, że jedynie kojarzę hity hitów i nie zagłębiam się dalej. To trochę niebezpieczny grunt, ponieważ osoby zupełnie nie ze środowiska mogą czuć sie w jakiś sposób potępione, że w życiu nie posłuchały Symfonii Dworzaka, a przecież to takie wspaniałe dzieło. Muzyka nie może być nigdy przyćmiona naszą pychą i elokwencją na jej temat, inaczej straci publikę – tak sobie myślę.
Powracając! Musicie wiedzieć, że od dziecka byłam psychofanką pór roku Vivaldiego. Wiem, że dla niektórych to muza z reklamy samochodowej albo zapchaj dziura na koncertach. Ale moja miłość do muzyki narodziła się wraz z pierwszy odsłuchaniem Czterech pór roku Vivaldiego. Bylam mała, razem z siostrą miałysmy stroje baltenic, fajną wieże Technicsa i super rodziców, którzy chętnie puszczali nam klasyczną muzykę. Mieli zbiór kilku płyt i ciach, Vivaldi był wałkowany bardzo regularnie. Pamiętam gdy już byłam starsza po prostu kładłam się na łóżku i odpalałam pory roku. Dawało mi to niesamowite ukojenie i po prostu mi się bardzo podobało. Kochałam Cztery pory roku Vivaldiego. Nie, że którąś bardziej. Kochałam je po równo!
Jednak… w tym czasie (szkolnym) barok był dla nas epoką na tyle niezrozumiałą, że kojarzył się z czymś banalnym, co każdy gra kiedy zaczyna się uczyć. Był adresowany szczególnie dla początkujących, może więcej szacunku miał Bach, jego szalone fugi i preludia. Jednak Vivaldi to taki samograj, co wszyscy znają. Chyba ten stan popularności był za mało odpowiedni do tego by publicznie przyznać się, że jako przyszły propagator sztuki jest moim faworytem. Faktycznie taka mentalność (której nie chcę oceniać, ale chcę jedynie pokazać co się wydarzyło z moim myśleniem) sprawiła, że przez długi czas było mi po prostu wstyd, że kocham Vivaldiego i czułam się jakby był to ktoś gorszy.
Co więcej gdy zdawałam na podyplomowe studia z muzyki dawnej miałam w sobie lekki wstyd by powiedzieć, że to właśnie Antonio sprawił, że polubiłam barok i lubię nadal. Bałam się, że moja adoracja do jego osoby wynika ze zbyt małej wiedzy i znajomości literatury tej epoki lub jakiejkolwiek innej. Ale spokojnie cyknełam sobie fotkę z Lully i Rameau gdy byłam w Paris. Nie martwcie się nie pomijam innych wielkich…
Może i muzyka Antoniego dobrze wypada w kombinacji z publiką i czasem jest przewidywalna, ale tak łatwo nas nie rozdzielą. Swoją drogą koniecznie zajrzyjcie do zakładki Z ŻYCIA MUZYKA, tam trochę ciekawostek, nie tylko dla barokowych świrów.
Mój tajemny romans urósł szczególnie gdy dowiedziałam się, że lubił on fagot i popełnił w jego kierunku około 50 koncertów. Było mi niezmiernie miło i jest do dziś, że Antonio o mnie też nie zapomniał.
Zobacz więcej wpisów:
Romans z Vivaldim #3
Uwaga! Zaczynam od spoileru! Gdy znalazłam się (cudem) w ogólnokształcącej szkole muzycznej, gdzie już nikt nie pytał co robię wieczorem, bo wszyscy ćwiczyli, z jednego powodu poczułam wstyd (w zasadzie z wielu powodów, ale ten jeden chcę teraz poruszyć). W takiej szkole gdzie każdy na czymś gra, potrafi zagrać czy rozpisać w nutach Dominante nonową bez prymy, dodatkowo zaszaleć i ją rozwiązać, bardzo szybko można stanąć na niebezpiecznej granicy. Granicy muzycznego fanatyzmu… dam dam daaam. Mocne słowa jak na takich wrażliwców.
Znalazłam się w bardzo fajnej klasie, na tyle szalonej, że wyjęcie zeszytu na matmie było ekstrawagancją. Było naprawdę wiele razy bardzo bardzo śmiesznie, ale nie o tym. Chcę powiedzieć o tym jak funkcjonowanie w niszy często sprawia, że nie dostrzegamy tego, że tak naprawdę zaczynamy oceniać lub pogardzać tym, co nie podoba się nam lub uznajemy za zbyt proste lub nie na nieodpowiednim poziomie.
Otóż gdy pojawiłam się w tej 11 klasie okazało się, że wtedy wielibiony był wszechobcenie romantyzm oraz kilka późniejszych epok, szczególnie wszystko co złapało za serce do szpiku kości, wyrywało je z korzeniem i nie pozwalało już bić tak samo. Pamiętam jak przyszłam pierwszy raz na orkiestrę dostaliśmy nuty do Borodina! Każdy bardzo się cieszył, że to gramy, ja musze się przyznać słyszałam to pierwszy raz w życiu.
Dostałam nuty dla pierwszego fagotu chociaż nie miałam zielonego pojęcia jak się patrzy na dyrygenta. Wszyscy byli mega wkręceni w ten numer, bo miał (i ma) niezłego powera. Lubię go do dziś, ale fun fact of that, jest że mój serdeczny kolega z fagotowego pulpitu dał minuty jedynki, bo sam już umiał dwójkę, ale żeby było najśmieszniej posadził mnie na dwójce, a żeby można było aż zrywać boki, gdy doszedł fagocista z akademii do pomocy, siedziałam na trójce, chociaż na pulpicie nuty z jedynki. Ale nie wińcie kolegi, lubił brylować, tak po za tym dobrze wspominam granie z nim. Pamiętam jak na orkiestrze ściągał kolanko z fagotu (tak fagot ma takie jakby kolanko, nawet ma stopę) i mówił babcinym głosem “daj pani piątaka”.
Na przerwach wiele osób rozmawiało o muzyce i zachwycało się tymi nutami z kopem i powerem. Żeby nie było kocham każdą muzykę i epokę, ale w tamtym czasie faktycznie górowały te emocjonalne i temperamentne numery. W tamtym czasie uwielbienie dla Totentanz’a Lista czy burzliwy Rachmaninov to było coś! ta muzyka górowała nad każdą inną.
Muszę powiedzieć, że kiedy ktoś mnie pytał co lubię słuchać, nie zbyt wiele przychodziło mi do głowy. Przyznam szczerze, że nie byłam aż tak wtajemniczona i sfisiowana na punkcie klasyki, żeby tylko ją słuchać. Nie chce oczywiście mówić, że klimat jaki tam panował był zły, ale ja będąc z zupełnie innego środowiska czułam się winna, że nie znam niektórych utworów i było mi wstyd, że jedynie kojarzę hity hitów i nie zagłębiam się dalej. To trochę niebezpieczny grunt, ponieważ osoby zupełnie nie ze środowiska mogą czuć sie w jakiś sposób potępione, że w życiu nie posłuchały Symfonii Dworzaka, a przecież to takie wspaniałe dzieło. Muzyka nie może być nigdy przyćmiona naszą pychą i elokwencją na jej temat, inaczej straci publikę – tak sobie myślę.
Powracając! Musicie wiedzieć, że od dziecka byłam psychofanką pór roku Vivaldiego. Wiem, że dla niektórych to muza z reklamy samochodowej albo zapchaj dziura na koncertach. Ale moja miłość do muzyki narodziła się wraz z pierwszy odsłuchaniem Czterech pór roku Vivaldiego. Bylam mała, razem z siostrą miałysmy stroje baltenic, fajną wieże Technicsa i super rodziców, którzy chętnie puszczali nam klasyczną muzykę. Mieli zbiór kilku płyt i ciach, Vivaldi był wałkowany bardzo regularnie. Pamiętam gdy już byłam starsza po prostu kładłam się na łóżku i odpalałam pory roku. Dawało mi to niesamowite ukojenie i po prostu mi się bardzo podobało. Kochałam Cztery pory roku Vivaldiego. Nie, że którąś bardziej. Kochałam je po równo!
Jednak… w tym czasie (szkolnym) barok był dla nas epoką na tyle niezrozumiałą, że kojarzył się z czymś banalnym, co każdy gra kiedy zaczyna się uczyć. Był adresowany szczególnie dla początkujących, może więcej szacunku miał Bach, jego szalone fugi i preludia. Jednak Vivaldi to taki samograj, co wszyscy znają. Chyba ten stan popularności był za mało odpowiedni do tego by publicznie przyznać się, że jako przyszły propagator sztuki jest moim faworytem. Faktycznie taka mentalność (której nie chcę oceniać, ale chcę jedynie pokazać co się wydarzyło z moim myśleniem) sprawiła, że przez długi czas było mi po prostu wstyd, że kocham Vivaldiego i czułam się jakby był to ktoś gorszy.
Co więcej gdy zdawałam na podyplomowe studia z muzyki dawnej miałam w sobie lekki wstyd by powiedzieć, że to właśnie Antonio sprawił, że polubiłam barok i lubię nadal. Bałam się, że moja adoracja do jego osoby wynika ze zbyt małej wiedzy i znajomości literatury tej epoki lub jakiejkolwiek innej. Ale spokojnie cyknełam sobie fotkę z Lully i Rameau gdy byłam w Paris. Nie martwcie się nie pomijam innych wielkich…
Może i muzyka Antoniego dobrze wypada w kombinacji z publiką i czasem jest przewidywalna, ale tak łatwo nas nie rozdzielą. Swoją drogą koniecznie zajrzyjcie do zakładki Z ŻYCIA MUZYKA, tam trochę ciekawostek, nie tylko dla barokowych świrów.
Mój tajemny romans urósł szczególnie gdy dowiedziałam się, że lubił on fagot i popełnił w jego kierunku około 50 koncertów. Było mi niezmiernie miło i jest do dziś, że Antonio o mnie też nie zapomniał.










